Zimowy trening z psem.

Pies zimą na dworze? Można? Można!

Nie mówię tu oczywiście o rozpieszczającej do niedawna ziemie z temperaturą +10, ale o styczniowych mrozach i śniegach, które zadowolą chyba tylko pieski o puszystej i ciepłej okrywie (pozdrawiam wszystkie bordery, husky i samojedy z okolicy), ale takie krótkowłose sierściuszki jak bostony czy buldożki już mniej.

Moja aktywność z Lolą na agility i podwórkowych treningach skończyła się wręcz z dnia na dzień. Popadłyśmy w marazm i zdecydowanie mało twórczy nastrój.Przychodził wieczór, pies z piłką stał pod drzwiami, po czym wyściubiał nosa za progiem bramy wejściowej do budynku i czmychał z powrotem.

Nie pomógł kubraczek. Lola kapitulowała z dobry tydzień, zanim pojęła, że nie samymi chęciami pies żyje i na dworze jest po prostu zimno.

Z odsieczą przyszła niespodzianka w postaci młodszego braciszka. 30 grudnia dołączył do zwierzęcej części Yoda, młodziutki boston terier. Szczenięca energia i atmosfera nowości zajęły na pewien czas Lolę i wytracając jej sportową energię.

Kiedy jednak pierwszy szał minął, pies ( i ja ) zapragnął wrócić do dawnego, aktywnego rytmu. Dom domem, ale świeże powietrze to podobno zdrowie.

Co więc zrobić, aby poćwiczyć z psem podczas ataku zimy:

  1. Smarowanie – co by nam łapki nie odpadły na mrozie, zabezpieczamy je czymś tłustym i nie na bazie wody. Wybrałam linomag – spora zawartość lanoliny ma ochronne działanie i nie ścina się w ujemnych temperaturach. Na ewentualną drogową sól nie poradzicie, po prostu unikajcie takich stref z psami. Kto może, niech przeniesie psa na rękach w miejsce bez takich niespodzianek
  2. Ubranie – mamy ubranko dla Loli, nie jakieś mega futrzane, po prostu okrywka z cieplejszą podszewką. Używam na czas spokojnego spaceru, podczas intensywnych biegów pies też się grzeje, więc jest ściągane. Ale gdy na dworze mróz, to zakładam nawet do spokojniejszych ćwiczeń.
  3. Motywator – na co pracuje Twój pies? Piłka, smaki? Przezorny zawsze ubezpieczony. W mrozy rzucanie piłki do śniegu może być dla psa niezbyt komfortowe, ale i z tym można sobie poradzić ( o czym piszę dalej). W pogotowiu czeka u mnie saszetka ze smakami. Warto nagrodzić nawet sam fakt treningu na mrozie. Gdy zapinam smycz po skończonej sesji w zimnicy, mówię : „dzielny piesek”. Bo komu jak komu, ale bohaterowi zimowej akcji warto wynagrodzić taki wysiłek.
  4. Plan – po co wychodzimy właściwie na ten mróz. Siku, kupa – wiadomo. Ale czy warunki pogodowe mogą zapewnić nam minimum do rozwoju naszych umiejętności, czy lepiej jednak potrenować w domu? Trzeba sobie na to uczciwie odpowiedzieć.

Co z tych punktów wynikło u nas wynikło?

Otóż jak pisałam, trzeba się w końcu było ruszyć z domowych pieleszy. Przemyślałam kilka spraw, zrobiłam obchód okolicy. Wybrałam teren, w którym śnieg jest już zbity i uklepany przez „miliony kroków”. Wieczorem ruch był żaden, ale w dzień jest to skrót wielu ludzi podążających do pracy.

Mam szczęście, bo ten teren jest z dala od aut, jest tam kawałek zieleni i coś, co było mi potrzebne – czyli proste ławki. Miłośnicy napojów wyskokowych zdążyli mi te ławki odśnieżyć i pozbyli się (dla mnie oczywiście :P) warstwy lodu.

I poszłyśmy na psie wychowanie fizyczne.

  1. Obchód krzaków – niech ma pies coś od życia, to ważne dla niego znaki. W końcu Azorek i Burek też tu mogli być, warto sprawdzić.
  2. Aport – uniesiona głowa Loli dawała mi znak – dawaj te piłkę. Udeptana ścieżka pozwala na aport bez odmrożenia pyska i chętne biegi. Te starania psa nagradzam również smakiem, choć i sama piłka jest u nas świetną motywacją.
  3. Skoki – bardzo to polubiłyśmy. Na mroziku ćwiczymy niskie skoki nad nogą – najczęściej na piłkę. To również dobry trening dla właściciela.
  4. Chodzenie po podwyższeniu – komenda „stół” – czyli wejście na przeszkodę. Parada przez ławki jest w wykonaniu Loli wspaniała. Idzie niczym jakaś modelka. Ważne, aby ławka była dla psa „przyjemna”. Niech nie będzie zaśnieżona, oblodzona, no i co istotne – śliska. To niebezpieczne dla psa i na pewno również niezbyt dla niego przyjemne.
  5. Praca zadu – stosujemy komendę „dupka”. Praca zadu to umiejętność cofania się na przeszkodę i wejścia tylnymi nogami na podwyższenie. Korzystamy tutaj z osiedlowych schodków i pozostałości po ściętych drzewach. Polecam poszukać takich wystających z ziemi cudów w Waszej okolicy, można odkryć wiele interesujących rzeczy. Jeżeli pies nie zarzuca jeszcze nóg do góry, poćwiczcie z nim cofanie.

Może ktoś zapyta, cooo tylko tyle? Ale tak, tylko tyle i aż tyle. Pamiętajmy, jest mróz. A do mnie też w końcu dotarło, że wartościowy trening to taki, gdzie pies ma ochotę na jeszcze (dziękuję tu mojej ekipie agility).

Część z wymienionych powyżej rzeczy jest dla mnie jednak zabawą z psem i miłym urozmaiceniem tego, co można robić z psem w domu. Ale o tym następnym razem.

Pozdrawiam – Gosia i Lola

Reklamy

Bezglutenowy chleb co cegłówką nie jest ;-)

10155056_784813888203121_2780408607358684183_nWitajcie,

Jeżeli czytacie ten wpis, podejrzewam, że nieobce jest Wam słowo „gluten”. Ostatnio o nim głośno, podobno stał się ofiarą mody i swoistego niejedzeniowego trendu. Bywa przyczyną kłótni w mediach i w życiu codziennym. Nie słyszałam o nim jako o przyczynie rozwodów, ale dziś wszystko jest możliwe.

Wiem jedno – od kiedy w październiku 2013 usłyszałam o glutenie jako alergenie mojego synka, nasze życie kulinarne uległo transformacji. Gdy do diety dołączyła również starsza siostra, dla glutenu nie ma „przebacz”.

O diecie moich alergików mogłabym napisać książkę, ale jest kilka osób które czekają na swoistą bazę jedzeniową przeciętnej rodziny czyli CHLEB. Tu oczywiście bez glutenu, bez jajek, bez mleka. Dla nas istotne, że bez mąki ryżowej i ziemniaczanej.

Z innych kwestii – niestety zawiera mąkę kukurydzianą (wysoki indeks glikemiczny IG 70) i jest pieczony na drożdżach. Moje pierwsze chleby, również dość dobre, piekłam na zakwasie gryczanym bądź kukurydzianym. Jednak proporcje zakwasu na bochenek są na tyle duże, że zakwas jest bardzo wyczuwalny. Dla miłośników zakwasowego chleba jest ok, natomiast dla dzieci już niekoniecznie. Po prostu konsekwentnie tego chleba odmawiały. Konieczny był chlebowy konsensus.

Wypróbowałam wiele przepisów pochodzących z internetu, jednak obecnie, konsekwentnie trzymam się mojej bazy, pochodzącej z tej strony http://www.mojewypieki.com/przepis/chleb-bezglutenowy,-najprostszy

W naszym przypadku wygląda to tak:

CHLEB BEZGLUTENOWY

* 250 g mąki kukurydzianej

* 250 g mąki gryczanej

* 3 łyżki mielonego siemienia lnianego, najlepsze jest nie złociste tylko takie zwykłe, brązowe

* 3 łyżki (ale nie bardzo kopiaste) cukru, u mnie trzcinowy drobnego kryształu lub słodu np. z agawy

* szczypta soli

* 25 g – 30 g drożdży świeżych ( rośnie ładniej niż na suchych)

* dość ciepła, ale nie mocno gorąca woda ok. 500-550 ml

* ewentualny dodatek to u nas zmielone na mąki pestki dyni, jednak dodatek ten zwiększa oleistość wypieku i polecam dodać go tylko jako posypkę mąk w misce, ok. 6-7 g

* foremka ( u mnie 11*20 cm), zwykła, mam też większą z kwasiaka, ale gorzej wychodzi

Chleb piekę w zasadzie codziennie, moja praca wygląda przy nim tak: waga kuchenna na stół, micha na wagę, wytarować. Sypię mąki (staram się ostatnio mierzyć co do grama), sypię siemię, rozkruszam w dłoniach drożdże, posypuję cukrem (przyznam, że cukrem sypię na oko po wierzchu mąki), dodaję ewentualnie mąkę z dyni (też sypię po wierzchu) i szczyptę soli. Wszystko mieszam dość dobrze, aby mąki i siemię się zmieszały, a drożdże też znalazły swoje miejsce.

Odmierzam wodę, dodaję na początek 500 ml. Gdy jest spora ilość mąki z dyni, bywa, że to wystarczy. W zwykły przypadku gdy jej nie daję lub daję mało, dolewam jeszcze troszkę, aby konsystencja była gęsta. Ciasto nie ma się formować w rękach jak np. na pizzę, jest papkowate, ale nie lejące, tylko nadal dość zwarte. Dość ładnie odchodzi od łyżki. Bo wyrabiam je właśnie metalową, zwykłą łyżką, mieszając kilkanaście razy.

Miskę odstawiam najczęściej na płytę kuchenną, na której zazwyczaj mam ciepło od parzonej wcześniej herbaty 🙂 . Przykrywam ręczniczkiem. Nastawiam czas na 25 minut i smaruję formę tłuszczem i obsypuję mąką kuku lub gryczaną. Po tym czasie biorę łyżkę, mieszam masę ok. 4 razy i przekładam do formy. Foremkę odkładam znów w ciepłe miejsce, tym razem pod namiocik z ręczniczka, zawieszonego na np. kawiarce i małej butelce oliwy. Pod namiocikiem ciasto rośnie, ma miejsce, a nie jest przytoczone ciężarem szmatki. Nastawiam czas na 20 minut, po tym czasie włączam piekarnik na grzanie góra/dół, temperatura  coś pomiędzy 210 a 220 stopni. Czekam jeszcze 10 minut i wkładam foremkę na środkowy poziom, na taką kratkowaną blaszkę. Piekę bochenek ok. 50 minut, po czym wyciągam go na kratkę. Jeżeli spód jest blady, dopiekam go ok. 7 minut. Po tym czasie powinno być ok. Jeżeli coś i jeszcze nie gra, wyciągniętego z formy i odwróconego spodem do góry, trzymam przez kilka minut w wyłączonym już piekarniku.

Dojście do wprawy z takim chlebem może nie być na początku proste. Ale nie zniechęcajcie się – warto. Otrzymacie domowy, bezglutenowy wypiek, który w moim przypadku nie kruszy się, łatwo się kroi na cienkie kromki, co przy dzieciach się liczy, raczej wolą cienki chlebek niż grube pajdy (u mnie spokojnie 5mm grubość kromeczki się ukrawa, ale uwaga, krójcie nożem bez ząbków), ładnie wyrośnięty, choć wilgotny, to nie gliniasty i co najważniejsze – pozostaje długo świeży.

Smacznego 🙂

„Japonia oczami fana” – czyli spojrzenie na kolorowe ulice Tokio oczami Pawła Musiałowskiego.

Okładka

Okładka

Mogę o sobie powiedzieć, że jestem miłośniczką książek podróżniczych. Zapełniają one u mnie tę lukę, której nie wypełniłam własnymi wędrówkami, jako niedoszły etnolog. Za to jako socjolog, patrzę z zafascynowaniem na otaczający świat i kolory różnych kultur.

Na domowej półeczce nie mogło zabraknąć książek o Japonii. Może nie „ukochanej”, gdyż do fascynata mi daleko, jednak od co najmniej 17 lat obecnej w moim życiu pod różnymi postaciami. Jako pierwsza pojawiła się Anna Świątek z „Japonią w sześciu smakach”, z bardzo lubianej przeze mnie serii „Poznaj Świat”. Kolejną pozycją, napisaną również przez polskiego autora, jest „Japonia oczami fana”, autorstwa Pawła „MrJedi” Musiałowskiego. Zakup tej książki przekładałam kilkukrotnie, z różnych powodów, ale osobiste spotkanie z MrJedi podczas konwentu Love4, uświadomiło mi, że czym prędzej muszę zasiąść do lektury!

Obie książki różnią się od siebie dystansem autorów do kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, obie mają swoisty czar. Myli się jednak ten, który czytając w tytule „Japonia oczami fana”, odbierze słowo „fan” jako wyraz skrajnej fascynacji, bez dozy obiektywizmu. Nie są to zapiski maniaka, a kawał porządnej dziennikarskiej roboty. Bo choć były redaktor „Kawaii” fanem bez wątpienia jest, to wyczuwam w jego słowach dozę obiektywizmu, ten krok dystansu, dzięki któremu prowadzona przez niego narracja jest płynna, nienachalna w opisie otaczającej autora japońskiej rzeczywistości.

Taka doza kulturowego relatywizmu pozwala autorowi poczuć wszystkimi zmysłami obiekt swoich zainteresowań, jednocześnie dając czytelnikowi możliwość wzięcia udziału w jego przygodzie, pozostawiając przy tym miejsce na wypracowanie własnego zdania. Sam „MrJedi” wie, że tylko wyjście poza ramy populistycznego, szufladkowego myślenia, pozwala spojrzeć na daną kulturę bez niechęci. Pisze o tym w następujących słowach : ” (…) to, jak postrzegamy jakieś zjawisko, sytuację, świat, zależy od naszej wiedzy, otwartości umysłu i sposobu patrzenia na otaczający nas wszechświat.” Jako socjolog wiem, że zachowanie obiektywizmu wobec obcej kultury jest bardzo ciężkie. I o tyle cieszę się, że nie jest Paweł Musiałowski socjologiem, lecz z całą swoją miłością do kolorowych ulic Tokio, potrafi zachować europejski umiar. Mógłby się bronić przed tym „oskarżeniem” – jest to jednak cecha, za którą on sam tak kocha Japończyków – pewien dystans i uporządkowanie, pozwalające czytelnikom czerpać radość z lektury. A jest o czym czytać!

Niczym shinkansen mknęłam przez kolejne rozdziały ” Japonii oczami fana”. Pierwszy przystanek kolejki zatrzymał się przy kolorowych neonach fanowskiej dzielnicy Akihabary, w której opis bogactwa sklepów, ich wyposażenia i całej fanowskiej otoczki przyprawia o szybsze bicie serca. Co poniektórych widok mógłby przyprawić o zawał. Nie wiem, czy nie znalazłabym się wśród tej grupy 🙂 Być może skończyło by się na typowej dla anime, tudzież mangi minie, z rozdziawioną buźką i morzem łez, wszak kupić wszystkiego się nie da. Dzielnica Akiba, to jednak nie tylko raj dla otaku. To miejsce dla każdego fana popkultury, który w labiryncie jej uliczek, albo dozna uczucia spełnienia, albo rozpaczy. Przeczytajcie sami! Albo zobaczcie! *

Po Akibie ruszymy do Harajuku. Dzielnicy stylu i to dosłownie każdego. Od starego do młodego, każdy ubierze się tutaj od księżniczki w stylu „gyaru” po „gothic lolitę”. Ja wyjechałabym z szafą ubrań, jest to więcej niż pewne. Na moście Jingu zaprezentowałabym swój styl, licząc na fotkę do „Gothic & Lolita Bible”, a potem to już tylko się chwalić znajomym na FB! Oczywiście za pomocą jakiegoś wymyślnego telefonu rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Oczywiście „MrJedni” nie zapomniał nas poinformować, co i w jakim sklepie kupimy, więc do tutejszego „elektronicznego” trafimy na pewno!

Czytając o fanowskich atrakcjach zgłodniałam. W odpowiedzi na mój głód Paweł Musiałowski zaserwował kolejny rozdział, tym razem o tym, co w Tokio, tudzież w Japonii ogólnie możemy zjeść. Przy czytaniu tegoż rozdziału radzę trzy rzeczy: zapoznać się z nim po solidnym obiedzie lub zaopatrzyć się w solidny posiłek, lub chociaż treściwą przekąskę. To, że po lekturze o kulinarnych wspaniałościach ruszymy do garów, jest co najmniej pewne. Choć „MrJedi” kucharzem nie jest, to swoimi opisami wyczarował w mojej głowie wspaniałe smaki, a od wariacji na temat ukochanego przeze mnie rosołu (ramenu), dostałam skrętu kiszek. Smacznego!

Kto się posilił, wsiada do wagoniku i mknie dalej. Jedzie i jedzie…końca nie widać. O! Przepraszam! Rozdział o japońskim transporcie. Nieciekawie? Niekoniecznie, zwłaszcza, że to jedna z tych rzeczy, na polu której Japonię i Polskę dzieli kolosalna przepaść, zakwalifikowana do kilku kategorii: stopnia zorganizowania, wielkości, przepustowości i tej najważniejszej – czasu, czy też może powiedzmy od razu, punktualności. Jaki kraj wygrałby ten konkurs, wiadomo nie od dziś. Komu jednak żal, niech na osłodę w tym rozdziale, zasiądzie w kółeczku i wysłucha opowieści, o psie, którego pan jeździł koleją, czyli Hachiko. Kim był ten zwierzak, który doczekał się pomnika i jaka była jego wyciskająca łzy historia, tego musicie dowiedzieć się sami. W „Dżeru:: Jazda bez trzymanki” odnajdziecie także miniporadnik savoir-vivre japońskiego transportu oraz kurs obsługi ichniej toalety.

Kto nie wytrzyma i musi siusiu, niech zrobi to przed lekturą rozdziału siódmego, „Tokio nocą :: Duchy, sake i jakuza”. Piwo i wysokoprocentowe napitki leją się tu strumieniami, a autor serwuje do tego rundę po automatach z dziwnymi jak dla nas napojami. Wycieczka po alkoholowym raju, przetykana jest podziwianiem kwitnącej wiśni, ale ciągły toast nie sprzyja ostrości obrazu, za to lektura rozbawia do łez! Z piwkiem w ręku, czy też bez, wprost z trawnika pokrytego sakurą, błądzimy wraz z Pawłem Musiałowskim po tokijskich uliczkach, pełnych historii Nipponu. Za rogiem będą czyhać japońskie ciekawostki i opowieści grozy. Moda na opowieści „creepy”, dotarła i do nas, ale jej japońskie źródła są doprawdy interesujące.Ponadto, pachnących sakurą smaczków w tym rozdziale jest więcej, więc nie zdziwmy się, kiedy co chwila będziemy unosić głowę z nad książki, by poinformować domowników jaśnie oświeconym głosem: „A wiecie, że w Japonii..”.

Gdyby i Wam, i współmieszkańcom było mało, czeka jeszcze lektura „Miejskiego survivalu”. Odnajdziemy w nim to, czego każdy spragniony „żywej wiedzy” o Japonii człowiek, szuka. Począwszy od tego, jakim językiem się posługiwać, w co się ubrać,  o jakich niuansach pamiętać (choćby o ruchu lewostronnym i ubezpieczeniu), po to, co ze sobą niezbędnego zabrać. Jeszcze garść ważnych dat, bo jak się okazuje, jest co w Kraju Kwitnącej Wiśni świętować.

Na sam (prawie) koniec „Dodatek specjalny: Yokoso Tokio :: Japonia w pigułce. Swoistego rodzaju minikompedium wiedzy, jak w kraju naszych marzeń się znaleźć i jak zaczerpnąć satysfakcję z podróży, by nie oglądać, jak swoją drogą, japoński turysta, swojej wycieczki jedynie na „bilionie” zdjęć.

Na prawdziwym końcu zdjęcia autora, będące wspaniałym uzupełnieniem treści. Z chęcią obejrzałabym więcej fotografii w osobnym, kolorowym albumie. Każda zdjęcie opatrzone jest komentarzem Pawła Musiałowskiego i choć mówi się, że „jedno zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów”, to i lektura krótkich przypisów dostarcza niesamowitej radości.

Doskonała zabawa przy lekturze „Japonii oczami fana” to zasługa giętkiego, pełnego swobody, zabarwionego humorem języka Pawła Musiałowskiego. Cała książka obfituje nie tylko w istotne, bardzo przydatne informacje, ale i w życiowe anegdoty, stanowiące swojego rodzaju pamiętnik autora. Te podróżne, barwne zapiski są niczym katalog ciekawostek, nie tylko dla dociekliwego pasjonata.

Wspomniany przeze mnie na początku relatywizm, skazany jest w „Japonii oczami fana” na subiektywne oczy fascynata.  Jednak spojrzenie to nie jest stuprocentowo bezkrytyczne. Jest to poznanie twórcze, nastawione na to, by chłonąć doznania, wrażenia, analizować i zadawać pytania. Tymi pytaniami Paweł Musiałowski pokazuje, że da się zgłębić zjawiska z pozoru błahe, powierzchowne elementy kultury – i wyciągnąć z nich smaczki – prawdziwe „smakołyki” fanowskiej wiedzy.

Nie jest zatem niniejsza pozycja przeznaczona jedynie dla miłośników Kraju Kwitnącej Wiśni, ale dla tych wszystkich, którym miłe będzie poznanie tokijskich ulic „od środka”. Ujrzycie coś więcej, niż w powszechnych stereotypach. To Wam gwarantuję!

A Pawła Musiałowskiego trzymam za „książkowe” słowo, iż ujrzy światło dziennie jego „Poradnik gajdzinskiego szwendacza po Tokio”. I kolejna część „Japonii oczami fana”, oczywiście!

Miłej lektury!

* Piszę, że możecie to wszystko, o czym pisze Paweł Musiałowski zobaczyć, gdyż na treść książki składają się również filmy, do których łatwy dostęp oferują zamieszczone przy tekście kody 2D. Dla tych którym byłoby mało, zapraszam na bloga i videobloga, dostępnych pod adresami:

STRONA WWW: http://kawaii-mrjedi.blogspot.com/

KANAŁ YOUTUBE: http://www.youtube.com/user/PawelJedi?feature=watch

Pet Shop of Horrors. Nie taki zwierzak straszny.

561766_450463688393841_371783271_n

Żródło obrazka: TAIGA

Ależ dawno nic nie napisałam, a kilka tytułów mangowych przeszło ostatnio przez moje ręce. Nie wszystkie były nowościami, a uściśliłabym wręcz, że na obecną chwilę gustuję w starszych tytułach. Nie będzie zatem wielką stratą, gdy poczekają na swoją recenzję jeszcze trochę czasu.

Tytuł, jaki chciałabym teraz Wam przybliżyć, dłużej czekać nie może! Mowa o „Pet Shop of Horrors”, z naszego nowego wydawnictwa Taiga. Ponieważ ostatnie rynkowe nowości wywoływały moje rozczarowanie, nie dawałam szansy nowalijce. Na całe szczęście dla mnie (i tego tytułu!), z odsieczą przybyła mi przemiła uczestniczka wrocławskiego konwentu NiuCon V . Usłyszawszy moje gdybania, zachęcająco otworzyła przede mną tomik. Co kadr, co strona, moje oczy otwierały się ze zdumienia. Tak, to jest ten tytuł na jaki czekam od bardzo dawna!

Ukarałam się w duchu za tę zwłokę i pospieszyłam na mangowe stoisko po zakup. W domu zasiadłam do lektury, a recenzją pierwszego tomu „Pet Shop of Horrors” wspieram bezintersownie Taigę, kibicując im w dalszych wydawniczych działaniach.

Widząc nazwę „Pet Shop” nie sugerujcie się bynajmniej słodkimi zwierzaczkami, które już dobrych kilka lat atakują sklepowe półki czy spozierając z ekranów TV. Po takie stworzenia, jakie goszczą na stronach mangi, udajcie się do nowojorskiego ChinaTown i znajdującego się tam sklepiku zoologicznego. Od progu przywita Was niejaki D. Dokładnie – hrabia D., o wyglądzie jak na mój (i chyba nie tylko sądząc po głosach koleżanek yaoistek) bardziej hrabiny, z nonszalanckim uśmiechem wąskich ust i równym przedziałkiem na kruczoczarnych, lśniących włosach. Wokół zwierzęta i zapach kadzidełka. Jeżeli jesteś roześmianą dziewczynką, możesz kupić chomiczka. Jeżeli jednak Twoje oczekiwania wobec nowego futrzastego, czy też pierzastego przyjaciela są znacznie wyższe, hrabia D. gestem dłoni wskaże Ci sklepowe zaplecze, gdzie czeka żywy towar spełniający najbardziej wysublimowane gusta klienteli.

Nie będzie chyba dla Was zaskoczeniem, jeżeli powiem, iż nie są to dwugłowe potwory, a zwierzęta w ludzkiej postaci, których człowieczy wygląd było mi trudno zaakceptować. Zaakceptować trudno, gdyż taki stwór staje się ucieleśnieniem zwierzęcej natury człowieka. Co gorsza, w obliczu zwierzęcego ego z człowieka potrafi wyjść najgorsze zło, brak opamiętania, pierwotny lęk. I pokazuje jeszcze coś, co hrabia D skrzętnie wykorzystuje, dając klienteli do podpisania umowę kupna-sprzedaży. Zazwyczaj dokument zawiera trzy uwagi. Spełnienie zapisanej w nich treści wydaje się być takie proste. Pozornie. Budzi się w nas zguba ludzkości – brak cierpliwości. Zacytuję Franza Kafkę Istnieją dwa grzechy główne, z których wywodzą się wszystkie inne: niecierpliwość i opieszałość. Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni z raju, przez opieszałość nie powracają tam”. By przekonać się, co się stało z niektórymi gości sklepiku – sięgnijmy do lektury.

Kłamstwem byłoby napisać, że osobliwości pochodzące od Hrabiego D są sprawcami nieszczęść. Winni są tylko i wyłącznie ludzie. Każda z opowiedzianych historii ma bogatą treść i interesujący dla czytelnika przekaz. Znajdziemy fragmenty opowieści budzące grozę, wstrząsające ale i wzruszające.

Fabuła ułożona kanonem: wstęp do historii, nowelki, przetykana wprowadzeniem nowych elementów/postaci do fabuły. Doskonały jak dla mnie rysunek, z czytelną kreską w dobrym stylu lat 90. Kadry czytelne, zapełnione tłami lub klimatycznymi rastrami. Wraz z ciekawymi historiami tworzą dla mnie mieszankę idealną. Na końcu tomiku znajdziecie bestiariusz, w którym autorka Akino Matsuri przybliża gatunki zwierząt, będące pierwowzorami goszczących na łamach mangi.

Na zakończenie dodam, że nie jest to kolejna łatwa interpretacja znanych legend czy bajek. W mojej opinii Japończycy posiadają szczególny dar bajkowości, pozwalający im na prowadzenie klasycznych historii w sposób zaskakujący, wydobywając ich treść, puentę na nowo.

Dla zainteresowanych baśniowym światem w mandze, polecam z całego serca dwa tomy „Grimms Manga” Kei Ishiyamy z wydawnictwa Yumegari oraz mającego ukazać się nakładem J.P. Fantastica w okolicach stycznia 2014 „ Ludwiga Kakumei”, znanej z „Angel Sanctuary” Kaori Yuki.

TYTUŁ: PET SHOP OF HORRORS

WYDAWNICTWO: TAIGA

MOJA OCENA: 9/10

Koire on-line z galopującymi końmi. Ihhhhaaaaaaaaa!!!!!!!!

Lego1Koniki, konie, kucyki…dziewczęca pasja. Wspomnienie mojego dzieciństwa. Co prawda, zahaczyłam o tzw. komunę, ale i tamten rynek oferował coś dla mnie. Więc ze stoiska w Społemie dostałam konika pokrytego welurem, a tata podarował mi zestaw pocztówek, których kolekcję powiększałam.

Moją córkę też dopadła konna pasja. Na całe (moje) szczęście, ominęła mnie faza My Little Pony, gdyż jego nowej odsłony estetycznie nie zdzierżę. Polka kolekcjonuje figurki, a przy każdej możliwej okazji łypie okiem na coś konikowego. Wraz z medialnym rozwojem wypatrzyła Lego Friends. Przy ostatniej wizycie w kinie, w ramach „dobrej promocji”, dostała od przemiłej hostessy płytę z filmem. To Lego się rusza, jest o przyjaźni, są tam koniki. Słodko, co nie?

Lego2

LEGO Friends stadnina.

Można więc nie tylko ułożyć klocki, ale jeszcze zobaczyć z nimi animację, a nawet zagrać w grę. O choćby w LEGO Friends Stadnina. Dla 5 latki – raj. Gra nie zabiera sporo czasu, nie wymaga sporych umiejętności, a jest miłą odmianą od ubieranek, rysowanek, zgadywanek komputerowych.

Do wyboru różne maści naszych konikowych przyjaciół, następnie możemy: wyprzątnąć sianko (po zdobyciu 5 punktów, pieniążkowa premia), wyzbierać marchewki na czas (też po 5 razach premia) i oczywiście poskakać konikiem przez płotki. Ta czynność wymaga skupienia, ale jest dobrze punktowana. Nie dość, że każdy przejazd daje punkcik, to bezbłędny daje aż 3! Po co te punkty? A no po to – że możemy naszego konika upiększyć – dać mu siodło, kubraczek, masę ozdób, a nawet różowe cętki. Wytwór konikoróżowy w naszym wydaniu – obok 🙂

Gier z Lego Friends jest więcej, zabawy starczy zatem na kilka multimedialnych posiedzeń.

Konik1Gdy męczeni jesteśmy o konika, dajmy go dziecku, a co. Tylko niech się trochę pomęczy. Wszak dobry koń, to Inteligenty Koń. Niby prosty obrazek, ale gdzie ukryło się 20 liczb? Na drzewie, liściu – poszukajcie. Gwarantuję, że nie jest łatwo. Dla ambitnych, co chcieliby grać na punkty informuję, że gdy poniosą was nerwy i zaczynacie klikać gdzie popadnie, lecą karniaczki. I czas…

Sesyjka on-line nie mogła się jednak zakończyć bez ubieranek. Ale te są przynajmniej z koniem! W jednej mamy dziewczynkę Tessę, znaną z różnych gier dla dziewczyn. W grze nazwanej po prostu Koń Tessy ubieramy dżokejkę i jej przyjaciela. W drugiej, dość szybkiej, prawdziwy rarytas i na prawdę piękny koń do wyczarowania! Pozwólmy ponieść się wyobraźni w grze Strojenie Konia 4.

Konik4Konik2

Konik3

           Tak biegnie mój konik w różu!

Na końcu dodam, że sama zagrałam w dość pozornie wyglądający Koński Wyścig. Ścigały się pluszowe konie, a ja po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak mało potrafię koordynować myszkę. Konik musi biegać, ale trzeba go też hamować (ruch myszką w lewo). I konik jeszcze skacze przez przeszkody (to już lewy przycisk). To, co uważamy za tło, jest nim tylko z pozoru, albowiem na drzewkach rosną owoce, które biegnący pluszak musi zjeść. A kto lepszy, ten dostanie skrzydeł! Ihaaaaaaaaaaaa!

 

 

Torba Totoro czyli jesienny mangowy handmade.

Jesień za oknem. Za szybko, zdecydowanie zbyt wcześnie.

Jesień sprzyja melancholii, ale jest wystarczy przytulić się do czegoś puchatego. Do kota na przykład. W razie alergii do sąsiada, a najlepiej już do Mojego sąsiada Totoro 🙂

Torba powstała z filcu technicznego i filcu kolorowego sprzedawanego w arkuszach. Użyłam do pracy pistoletu w kleju, muliny i igły oczywiście.

Formę torby uszyła dla mnie koleżanka Aga, której baaardzo za to dziękuję!

Teraz czas na spacer w deszczu – wszak chroni nas zielony, liściasty parasol!

Totoro torba by Koire Moress.

                    Totoro torba by Koire Moress.

My.Neighbor.Totoro.full_.34268

                                  W drogę czas…

A jeszcze broszeczkę…recykling starych szmatek. Ta powstała z odciętego rękawa sukienki.

Broszeczka by Koire Moress.

                          Broszeczka by Koire Moress.

 

Lovebird design & printing solutions – zaprojektuj mi to! Wywiad z papugami w tle.

WYWIAD Z JOANNĄ SMOŁOŃSKĄ, WŁAŚCICIELKĄ FIRMY LOVEBIRD DESIGN & PRINTING SOLUTIONS ZAREJESTROWANY 27 MAJA 2013 ROKU

Co łączy biotechnologię z designem i papugami?

1043926_600685363295358_612279248_n

Aśka z jedną ze swoich papug.

Pozornie – nic. Patrząc głębiej, muszą dać mieszankę dziwną, niebanalną, w 100% oryginalną. Wytworem tego połączenia nie będzie może od razu robotopapug, śpiewający na życzenie nasze ulubione piosenki, ale (dla odmiany) pewna osoba

Mowa o Aśce S., założycielce Lovebird Design & Printing Solutions – firmy niebanalnej, bo wcielającej w życie pomysły osoby równie nieprzeciętnej.

Aśka inspiruje mnie od lat dziecinnych – swoimi ideami, twórczością i ścisłym umysłem. Posiada talenty, o jakich ja mogę tylko pomarzyć i życzyć własnym dzieciom (a co!), ale to właśnie dzięki nim, potrafi spełniać marzenia innych (w tym i moje). Tchnie życie w Twoją książkę, poruszy wyobraźnie plakatem, przykuje wzrok innych grafiką na t-T-shircie.

Jej pomysły to gwarancja niepowtarzalności, styl nie tylko cieszy oko, ale i zmusza do myślenia. Oto i ona!

ZAWÓD WYUCZONY: biotechnolog

ZAWÓD WYKONYWANY: projektantka, koordynatorka prac twórczych, wydawca

HOBBY: rysunek, grafika komputerowa, fotografia koncertowa, papugi

KOIRE: No Aśka, opowiadaj, jak to się zaczęło?!

AŚKA: Rysowałam od dziecka. Już w podstawówce powstawały pierwsze większe formy graficzne, takie jak komiks.

K: Pamiętam bardzo dobrze Twój wyjątkowy styl rysowania postaci. Moimi ulubionymi były czarodziejki z „Sailor Moon” – w Twoim wykonaniu, najcudowniejsze na świecie! I oczywiście najlepsza polska manga jaką znam czyli „Opowieść o potworze kosmetycznym”!

A: No tak (śmiech), podstawówka była twórczym okresem, obfitującym w takie smaczki 😛 Jednak najintensywniejszy okres mojej twórczości przypada na jej koniec i początek liceum. Inspirował mnie szkolny nauczyciel plastyki. Tamten czas to zabawa z ołówkiem i tuszem, dużo grafik, powstające okładki płyt. Niewiele jednak prac zachowało się z tego okresu.

K: A co było dalej?

A: Dalej to już lata posuchy i wypalenia. Studia, wyjazd do Holandii na doktorat. Twórczy dół zasypałam gdzieś koło roku 2010.

K: Można powiedzieć Joanna S. – przebudzenie?

A: Dokładnie tak! Mogłabym to ładnie nazwać „okresem holenderskim”! To był taki czas, że zastanawiałam się nad wstąpieniem do tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych, by zostać magistrem sztuki medialnej. Jednak akt szaleństwa nie wypalił. Na szczęście. Technicznie i czasowo byłoby to nie do pogodzenia. W domu natomiast powstawały coraz to nowe prace. Od ołówka i tuszu powoli przechodziłam do form elektronicznych w rysowaniu, w mojej twórczości pojawił się też kolor. Samodzielnie, konsekwentnie opanowywałam Photoshopa, jego opcji, parametrów, których wydawałaby się nieskończoność. Chwilę później przeszłam do Ilustratora, który zachwycił mnie swoim podobieństwem do kartki papieru. Uczę się współpracy z tym programem cały czas, gdyż nie wszystkie zlecenia są takie same. W mojej pracy nie chodzi tylko o projekt i rysunek – jest element analityczny, poszukiwanie rozwiązania, najlepszego do wykonania określonego zadania.

K: No, no. Ciekawe to wszystko! Czy jednocześnie z artystycznym powrotem pojawił się pomysł na firmę?

A: Nie! To był zbieg okoliczności związany z doktoratem. Otóż w Holandii obowiązuje zasada oddania pracy doktorskiej  w formie książki. Koleżanki z uczelni zwróciły się z prośbą o pomoc w prawidłowym wyedytowaniu swoich prac. Jak się okazało – dostały informację z drukarni, że książki są błędnie przygotowane. Pomogłam im, a po tej przygodzie dostałam propozycję z drukarni, aby zostać koordynatorem druku tego rodzaju prac. I to stało się początkiem Lovebird Design & Printing Solutons. Jak się okazało, książka to nie tylko okładka, ale i wnętrze. Jedni klienci preferują klasyczny wygląd, inni chcieliby trochę zaszaleć. Dla wielu z nich to pewnie jedyna okazja, aby wydać swoje własne dzieło, więc podchodzą do tego bardzo osobiście. I dla mnie i dla nich to akt twórczości!

K: To jest to! Pomysł na firmę pojawił się wraz z zapotrzebowaniem rynku – znalazłaś swoją niszę! Ile działasz już na rynku?

A: Ponad rok.

K: Co działo się w tym czasie?

A: Większość zleceń dotyczy druku, edycji książek, projektów okładek. Spora część to kreatywne prace designerskie związane z na przykład zaproszeniami ślubnymi. No i projekty plakatów koncertowych.

K: Słyszałam, że jeden z nich tak się podobał, że był rozkradany.

A: Hahaha, rzeczywiście, miało to miejsce 🙂 Jeżeli chodzi o moją pracę, uwielbiam nietypowe zlecenia, tworzenie rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłam. Wyzwania są twórcze i pouczające!

K: Plany Lovebird Design & Printing Solutions?

A: Ciągły rozwój, zdobycie nowych klientów! Marze o takiej ilości pracy, aby powiedzieć, że nie mogę się wyrobić (śmiech).

K: Dziękuję za rozmowę!

ADRESY:

http://www.behance.net/lovebird-design

http://lovebird-design.com/homepl.html

http://www.shop.lovebird-design.com/

 

Z OSTATNIEJ CHWILI!

Rozmowa z Aśką odbyła się w maju 2013r. Od tamtego czasu, do Waszej dyspozycji Lovebird Design & Printing Solutions oddało sklep internetowy, w którym możecie zamówić plakaty stworzone przez Lovebird, reprodukcje prac. W ofercie nadruk tychże na koszulkach i torbach wielorazowych.

http://www.shop.lovebird-design.com/